sobota, 14 marca 2009

WoW! Cudowne objawienie w Tychach!


Szwedzi znani są ze swego know-how, Włosi słyną z doskonałej kuchni a Amerykanie z życia po amerykańsku. Naszą cechą rozpoznawczą jest natomiast głęboka bogobojność, ale i słabość do zabobonów. Nie zmienił tego czas ani wciąż trwająca rewolucja naukowo-techniczna. Polak może nic nie wiedzieć o Teleskopie Hubble'a, nie będzie też miała wpływu na jego pozycję towarzyską zupełna ignorancja w temacie natury zjawiska nocy polarnej. Jeśli jednak okaże się, że nie spluwa przez lewe ramię, by odczynić urok czarnego kota albo nigdy nie odwiedził Lichenia - biada mu. Taka osoba nie znajdzie zrozumienia w społeczeństwie, zostanie przez nie odrzucona i wzgardzona.

Ludzie kultury i sztuki lubią takie wykluczenie. To daje im pretekst do pogrążenia się w degrengoladzie i stwarza iluzję wyjątkowości. Czasem jednoczą się w małe komuny wyrzutków, sami siebie nazywając bohemą artystyczną. Zajmują się tam całodziennym pijaństwem, mieszkają w zagrzybionych kamienicach i prowadzą bełkotliwe rozmowy na tematy abstrakcyjne i absolutnie nieinteresujące dla normalnego Polaka. W wolnych chwilach kierują swe drogi do teatru czy galerii sztuki i oddają się rozmaitym bezeceństwom, za które otrzymują wynagrodzenie.

Jędrzej Borsuk, aktor znany głównie z grania na deskach śląskich teatrów (więc praktycznie nieznany), zamieszkały w Tychach, do niedawna prowadził życie próżniacze. O role nie ubiegał się wcale, czekając, aż propozycje same do niego spłyną. Oczywiście, uczestnikami urządzanych przez niego libacji bywali reżyserzy. Jednak rzadko wykazywali się lojalnością wobec kolegi, przyznając role w swoich produkcjach aktorom UTALENTOWANYM, nie zaś Jędrzejowi. Dlatego przez większość czasu parał się bezrobotnością, tłumacząc, iż "bierze udział tylko w projektach ambitnych". W lipcu ubiegłego roku otrzymał propozycję angażu, który miał zupełnie odmienić jego życie. Pewnego słonecznego poranka zadzwonił do niego przedstawiciel amerykańskiego producenta, przymierzającego się do stworzenia nowej - aktorskiej - ekranizacji przygód Kubusia Puchatka. Jędrzejowi zaproponowano główną rolę! Swój wybór producent tłumaczył faktem, iż mimika polskiego aktora do złudzenia przypomina mimikę Misia o Bardzo Małym Rozumku. Amerykanie dostrzegli Jędrzeja w epizodycznej roli, jaką zagrał w mało znanej koprodukcji polsko-mołdawskiej, opowiadającej o trudnym życiu hodowców karpi, zarabiających tylko raz do roku, która to produkcja była pokazywana na zeszłorocznym festiwalu filmów niezależnych na Alasce (Foreign Mug Movies Festival). Amerykanie obiecywali kosmiczną gażę wymagając od Polaka tylko tego, by nauczył się angielskiego z akcentem cockney i przybrał na wadze 140 funtów (około 64 kg). Mimo to, Jędrzej wahał się przez kilka tygodni, postanowił zaczerpnąć nawet rady u swego węgierskiego kolegi i mentora Laszlo Egressy, który jednak nigdy nie odpowiedział na e-mail Polaka. W końcu dał Amerykanom odpowiedź: NIE. Kubuś Puchatek był dla niego zbyt mało offowy!

Wtedy zaczęły się problemy zdrowotne Borsuka. Nie potrafił zasnąć, bo gdy tylko zamknął oczy, widział siebie w krótkim czerwonym kubraczku. Wszędzie słyszał szum drzew ze Stumilowego Lasu i odkrył w sobie słabość do miodu. Sytuacja stała się na tyle poważna, że przyjaciele związali zgnębionego aktora pasami i oddali pod opiekę psychiatrów. Leczenie trwało do zeszłego tygodnia. Kiedy Jędrzej wyszedł ze szpitala, oddalił od siebie mroczne wspomnienia i rzucił się w wir niegrzecznych zabaw. Jednak wczoraj, w piątek trzynastego marca, zbudził go dzwonek telefonu. W słuchawce telefonu zabrzmiał głos Amerykanina. Ponowił on feralną propozycję sprzed miesięcy. Jędrzej pogrążył się w smutku i kontemplacji i tak wytrwał do wieczora. Wtedy zauważył, że z sypialni dobywa się przedziwne światło. Skierował swoje kroki w tamtym kierunku i zobaczył... fosforyzującą na żółto podobiznę Kubusia Puchatka (zdjęcie), która w niewyjaśniony sposób znalazła się na szybie. Po pięciu minutach zadzwonił do nas. Miał nadzieję, że w sposób rozumowy pomożemy mu wyjaśnić to mistyczne zjawisko. Tłumaczył, że nigdy w podobne "brednie" nie wierzył, a swoją praktykę religijną zakończył na pierwszej Komunii (na dowód podciągnął rękaw i pokazał nam zegarek z białym paskiem).

Byliśmy, sprawdziliśmy, uwierzyliśmy. To żaden fotomontaż ani naklejka. To prawdziwy cud. Zasięgnęliśmy w tej sprawie zdania pewnego mistyka i filozofa, który prosił o anonimowość. Oto jego wypowiedź: "Obraz na oknie tego aktora jest cudowną emanacją, która wzięła swój początek w wielkiej miłości i uwielbieniu, jakim dzieci darzą postać Kubusia Puchatka. Uczucia te skumulowały się i spłynęły na osobę Jędrzeja Borsuka, jako że został on wybrany do wcielenia się w postać Misia."

Nic dodać, nic ująć. Mamy nadzieję, że Jędrzej przyjmie teraz propozycję Amerykanów. Czas na to najwyższy.

Redakcja

3 komentarze:

kroolik pisze...

miś o bardzo małym rozumku nerwowo rozgląda się wokół i anielskim wręcz głosem przypominającym raise raise mówi:
- i tak cię dopadnę Jędruś...

Redakcja pisze...

biedny Jędrzej, znowu się załamie:/

mila pisze...

matko, jędrzejowi nie udało się oszukać przeznaczenia tak jak juanowi diego z guadelupe,który próbował uciec przed Matką Boską,ale i tak mu się objawiła